W klipie do odcinka serii ESPN „More Than An Athlete”, LeBron James wspominał o tytule mistrzowskim z 2016 roku, który on i jego Cavs wyszarpali Golden State Warriors pomimo przegrywania już 1–3. Był to pierwszy taki przypadek w finałach NBA.

„Bylem super podekscytowany. Miałem łzy w oczach, bo tak ważne było dla mnie wygranie mistrzostwa dla Cleveland po 52 latach bez tytułu w żadnej z dyscyplin. Potem miałem czas, żeby się zatrzymać i zastanowić. Pomyślałem wówczas, że ta cała historia sprawiła, że poczułem się najlepszym graczem w historii” – powiedział James.

Niepodważalnym faktem jest, że Cleveland Cavaliers dokonało niemożliwego w 2016 roku. Warriors zakończyli sezon z rekordowym wynikiem 73 meczów wygranych i byli pewnymi faworytami do tytułu NBA. Jednak drużyna napędzana przez Jamesa sporo odebrała z niesamowitego wyniku swoich rywali w sezonie zasadniczym. Dzięki temu wynik Chicago Bulls z 72 wygranymi i mistrzostwem NBA z 1996 roku robi po prostu większe wrażenie, bo potwierdzał formę tamtego klubu.

Tak czy siak odważne stwierdzenie Jamesa na pewno nie spodoba się fanom Michaela Jordana. James ściga tamtego wybitnego koszykarza na liście najlepiej punktujących graczy w historii NBA. Jordan jest czwarty, a James piąty. Ostatnio udało mu się minąć Wilta Chamberlaina, znanego m.in. jako jedynego koszykarza, któremu udało się zdobyć 100 punktów w jednym meczu.