Nastał niedzielny wieczór, Partnerka zapytała mnie, czy widziałem jej telefon. Nie widziałem. Poprosiła zatem, bym zadzwonił ze swojego i nasłuchiwał. Chciałem pomóc, nawet bardzo. Ale nie miałem pojęcia, gdzie położyłem swoją komórkę. Chwilę trwało, nim trafiliśmy na pierwszą zgubę, ta zaprowadziła do drugiej. Okazało się, że mój inteligentny telefon trafił na cały weekend do szafy, ukrył się w kieszeni spodni. Ale czy faktycznie się ukrył? Przecież do tego momentu go nie szukałem. Trafił tam jako przedmiot niepotrzebny.

To nie jest sytuacja nadzwyczajna, w moje ciało nie wstąpił na te dwa dni duch przodka, który nie wiedział o istnieniu smartfona. Tak jest praktycznie w każdy weekend, podczas urlopów sprawdzam ekran komórki jeszcze rzadziej i zazwyczaj stwierdzam wówczas, że muszę poszukać ładowarki, bo bateria padła. Macham ręką i wracam do świata pozasmarftonowego. I chyba będę mógł uznać się za bohatera. Może nawet zrobię pieczątkę z ziemniaka i przyznam sobie jakiś dyplom.

Niezwykłe wyzwanie w szkole

Z tym bohaterem oczywiście żartuję. Jednocześnie jednak chciałbym zwrócić uwagę na doniesienia o niecodziennych „eksperymentach”, na jakie zdecydowali się uczniowie czy studenci albo pracownicy jakiejś firmy. Nie tylko w Polsce. Otóż dowiadujemy się z tych przekazów, że ludzie odłożyli smartfony na dzień – dwa, może nawet tydzień. Albo zdecydowali, że nie będą z nich korzystać w szkole. I jest to sprzedawane jako wydarzenie niezwykłe. Z czymś takim można porównać jedynie wejście na K2 w sandałach. Zimą oczywiście.

Młodzi ludzie, ale nie tylko, opowiadają o swoich przeżyciach, o odkryciu rzeczywistości bez smartfona czy Internetu, a przy okazji dowiadujemy się, że tym eksperymentom towarzyszyły skrajne emocje: od rozpaczy po wielką radość. To wszystko dzieje się serio – to nie są opisy filmików z YouTube’a, które miałyby coś pokazać w sposób karykaturalny. Naprawdę można przeczytać/usłyszeć relacje osób, które odkryły, że istnieje alternatywa dla spędzania czasu z komórką…

Bohaterskie czyny na urlopach

W błędzie są ci, którzy pomyślą, że przywołane przed momentem akcje dotyczą wyłącznie osób młodych, niejako przyklejonych do smartfonów od wczesnego dzieciństwa. Podobnymi wyczynami chwalą się czasem ich rodzice. A to jakiś bloger napisze, że wytrzymał 4 dni bez komórki, a to na YT znajdziemy film, z którego dowiemy się, jakim wyzwaniem był wyjazd w góry i odłączenie się od Sieci. Do tego mrożące krew w żyłach poradniki na portalach: Jak przetrwać X dni bez smartfona/8 kroków, które pozwolą przeżyć dzień poza internetem.

Ci ludzie również nie robią tego dla żartu. Całkiem poważnie pod tekstami pojawiają się pytania w stylu „Czy jesteś w stanie wytrzymać dzień bez smartfona?”. Dowiemy się też, że jeśli odpowiedź jest pozytywna, to ma się szczęście i należy się do mniejszości.

Czytam to wszystko i zachodzę w głowę: faktycznie należę do mniejszości, mam wielkie szczęście, społeczeństwo zmaga się z epidemią (pandemią) smartfonowego szaleństwa czy też autorom tych poradników/artykułów i niektórym odbiorcom lekko pomieszało się w głowach? Może to oni uzależnili się od smartfonów (albo to sobie wmówili) i w taki sposób postrzegają wszystkich wokół? Wciąż mijam na ulicy rzesze ludzi, którzy nie patrzą na ekran smartfona. Spotykam ich na plażach, w restauracjach, parkach, sklepach. Jestem w stanie założyć się, że znaczna część z nich wytrzyma kilka dni bez smartfona/Internetu i nie zrobi z tego wydarzenia na miarę publikacji w mediach.

Ktoś powie: a co z obrazkami na dworcach, u lekarza albo w komunikacji miejskiej? Tam wiele osób ma smartofna! Jasne, ma. Ale nie widzę w tym nic złego. Spora część społeczeństwa korzysta w tych miejscach z książek czy gazet i jakoś nie robimy z tego problemu. Fakt, że ktoś ogląda film w tramwaju za pośrednictwem komórki, nie oznacza, że jest uzależniony, że ludziom masowo odbiło, a czasy nastały straszne. Bo czasy zawszę są straszne…

Bez terapii nie dam rady

Niektórym pewnie faktycznie przyda się fachowa pomoc. Wszak wszystko może się stać nałogiem. Jednak przekonywanie, że większość z nas ma z tym problem, a sporej części przyda się terapia, to już mocna przesada. Zwłaszcza, gdy w tym kontekście pojawia się słowo „coach”. Wtedy od razu powinna się zapalać czerwona lampka. I warto sobie zadać pytanie: co stanie się po takim „detoksie”? Rzeczywiście chcesz ograniczyć korzystanie ze smartfona czy raczej szukasz rozgrzeszenia i liczysz na to, że weekend bez komórki rozwiązuje sprawę?

Jeśli ktoś chce odpocząć od smartfona, nie musi czytać poradników o detoksie, poznawać siedmiu czy dziesięciu kroków, które są potrzebne, by wyłączyć to urządzenie i się od niego odciąć na dwa dni. Wystarczy… po prostu je wyłączyć. I wsadzić do szuflady. Świat się nie zawali. Praca nie ucieknie, znajomi nie znikną. Nie ma sensu dopisywać do tego żadnej filozofii. No chyba, że ktoś wyłącza smartfona tylko po to, by potem się tym pochwalić, wykazać swoją odwagę na Facebooku. To nie jest uzależnienie. To zwyczajna głupota.

Rozumiem, że powstają specjalne wyjazdy dla osób, które nie mogą się rozstać ze smartfonem – skoro są ludzie skłonni za to zapłacić, znajdą się tacy, którzy wyciągną ręce po pieniądze. Uwierzcie jednak, że można taki turnus zaserwować sobie osobiście, bez wsparcia „ekspertów”. Nie potrzeba specjalistów, a już szczególnie pseudospecjalistów (powtórzę: część osób naprawdę potrzebuje pomocy, ale nie są to wszyscy, którzy wpisują w wyszukiwarkę pytanie o „smartfonowy detoks”). Masz nadmiar gotówki? Przekaż go jakiejś fundacji…

Można zasnąć bez fejsbuczka

Jeżeli komuś wydaje się, że cierpi, bo nie może odkleić wzroku od ekranu telefonu, tak mu źle, gdyż zasypia ze wzrokiem wbitym w wyświetlacz i łapie za komórkę zaraz po przebudzeniu, by przejrzeć fejsbuczka, napiszę wprost: jesteś szczęściarzem. Najwidoczniej nie masz w życiu innych problemów. Najprawdopodobniej nie jesteś w sidłach strasznego nałogu, nie stałeś się ofiarą paskudnych czasów – po prostu się nudzisz, nie umiesz zorganizować sobie czasu i szukasz wymówki.

Oczywiście możesz być skrajnym przypadkiem, który faktycznie musi być cięgle na bieżąco, bo tego wymaga praca, świat faktycznie może się zawalić. Ale w takiej sytuacji nie ma sensu się obwiniać: ot, takie życie. Jeśli nie odpowiada, zmień pracę. Narzekanie na technologie niczego nie zmieni, nie one niszczą, czy uprzykrzają nam życie.

 

Autor jest felietonistą Sztos.pl. Lubi gotować i jeść, interesuje się przeszłością i przyszłością. Jeśli akurat nie pisze, pewnie siedzi w kinie.